2008.12.01.

Powiedziało się 'a' więc trzeba powiedzieć też 'b'...

Zaczynam żyć powili spływem, zasięgam informacji, z których się dowiaduję, że spływ Wisłą to nie jest takie 'hop na krowę i już cielę'.
Wisła to w większości dziki ciek wodny. Zmienia się jak kobieta. Dziś jest taka, a jutro całkiem nieprzewidywalna. ;-)

Swoje dzieciństwo spędziłem w Kazimierzu Dolnym, a właściwie w Mięćmierzu nad Wisłą. Tam tata nauczył mnie kochać tę rzekę, szanować ją i bać się jej. Pokazał mi jak ją odczytywać. Dlaczego w jakimś miejscu rzeka faluje, a w innym nie. Dlaczego jej powierzchnia jest pomarszczona, a za chwilę gładka jak lustro itd. Mając tę wiedzę mógłbym Wisłą spłynąć bez problemów gdyby nie fakt, że górna część rzeki jest w fatalnym stanie. Zresztą jak wszystkie rzeki w Polsce.
Nie chcę się rozpisywać na temat szlaków wodnych w naszym kraju bo to już zrobiło setki ludzi i robią to nadal.

Niemniej, spływ jest możliwy.
Start nastąpi w zerowym kilometrze żeglownego odcinka Wisły, czyli ujście Przemszy, niedaleko Oświęcimia.
Na odcinku 70 km napotkam jazy ze śluzami. Jeden z nich (Borek Szlachecki) jest imponujący bo ma spiętrzenie ok. 12 m (pięć pięter w bloku). I już wiem, że będę napełniał rajtuzy ze strachu. Najpierw się włączy lek wysokościowy, a po spuszczeniu wody, klaustrofobia ;-) Będę otoczony pionowymi ścianami w dole o głębokości 14 m. To dobry moment na walkę z samym sobą.



Zobaczę Kraków i dopłynę do ości w gardle dla motorowodniaków. Ostatnia śluza w górnej Wiśle (Przewóz). Rzeka za śluzą wygląda tak :-)



Dzwoniłem w tej sprawie do panów śluzowych i wyjaśnili mi, że nie mam co marzyć o spływie przy niskim stanie Wisły. Na odcinku 30 m za śluzą łódkę trzeba przenieść na plecach. Tylko, że moja waży tonę :-(
Potem wziąłem panów pod włos, że słyszałem o niezłych czarach jakie czasem stosują by te nieszczęsne 30 m przepłynąć. Na co odpowiedzieli, że nieoficjalnie jest to możliwe ale ze trzy dni wcześniej muszą gromadzić wodę i nie do końca jest to legalne ;-) ...to lubię :-)

Druga ość w gardle motorowodniaków to jaz pneumatyczny w Połańcu. Jeśli się nie dogadam z panami w elektrowni, część podróży spędzę z łajbą na starym jelczu. Jak grupa Królewski Flis.





fot. grupa z Królewskiego Flisu.

Potem to już mielizny, łachy, zatopione dęby, wystające rury stalowe, stare opaski umacniające brzegi itp. aż do Warszawy (przydatna wiedza nabyta w dzieciństwie)... reszta to betka :-)

W najbliższym czasie Bryzę trzeba zwodować, bo w sumie to nawet nie wiem czy pływa ;-), zdać egzamin na motorowodniaka, przygotować się fizycznie i psychicznie do wyprawy, usprawnić parę drobiazgów w łodzi, określić jej realne zanurzenie itd.

2008.12.05.

Los mnie rzucił do Skierniewic... służbowy wyjazd.

Kiedy pojawiam się w miejscach, w których jeszcze nie byłem, staram się poznać je od podszewki. Nie to, co jest pokazane turystom, lecz to, co zostało zasłonięte bo szpeci i zawstydza.
Skierniewicki rynek jest po gruntownym remoncie. Pięknie ułożony bruk na uliczkach, kolorowe fasady, cukierenki z wieloletnią tradycją... plastik... zresztą jak zwykle.
Ja chcę wiedzieć co jest po drugiej stronie murów. Bo w tych biednych miasteczkach można odkryć tam prawdziwe życie, które uwielbiam dotykać... jest takie bez zakłamań. Zawsze spotykasz się z oczami, które obserwują twoje śmiałe poczynania, rozmowy początkowo niezbyt miłe, potem obojętne, a z czasem da się wyczuć zalążki przyjaźni.
Chodzenie po starych podwórkach jest jak głaskanie rozwścieczonego psa. Zrobisz to pewnie, pies cię pokocha. Lecz wystarczy chwila zawahania i już po tobie.



Znowu pranie ;-)











2008.12.08.

6 grudzień... w rolę gwiazdy wieczoru wcielił się Czysio.



- ok... jestem gotowy na spotkanie z dzieciakami... Suchy... masz jakiś rozluźniacz?... nie masz?... jakbym wiedział, że mnie w to wkopiecie, strzeliłbym coś wcześniej...



- ho, ho, ho... czy tu mieszka Ninka, Maciek i Mikołaj...



Zapomniałem jak to jest wierzyć w Świętego Mikołaja. Widok małych twarzy, które jeszcze wierzą jest niezapomniany.



- powiedz mi chłopcze jakiś wierszyk... może być Leopolda Staffa... nie znasz??... no to masz te puzzle i ułóż je w 13 sekund ;-)





2008.12.16.

do galerii wstawiłem report zrobiony podczas pobytu u wypalaczy węgla drzewnego... to samo co poniżej... życzę miłego czytanio-oglądania.

Opis z wyprawy znajduje się pod datą >>> 2008.06.01 <<<

Słownictwo:
- wypał - proces wypalania węgla drzewnego
- na wypale - miejsce gdzie zachodzi w/w proces
- założyć piec - ułożyć drewno w piecu
- wybrać piec - wybrać węgiel z pieca

Na wypale pojawiłem się w czerwcowy poranek... piece już 'chodziły'. Inne były gotowe do wybrania.

Węgiel drzewny na terenach Polski wytwarzany jest od początku XIX w.
W hutnictwie był on niezbędnym dodatkiem wzbogacającym stal.
Obecnie węgiel drzewny stosuje się także do produkcji prochu czarnego, służy jako absorbent w filtrach węglowych, swoje zastosowanie znalazł też w lecznictwie, plastycy wykorzystują go do tworzenia szkiców, a sympatycy weekendowych wypadów za miasto jako niezbędny dodatek do grilla.

Jeszcze do niedawna węgiel drzewny wytwarzany był w kopcach.



Stos drzewa układało się w kształcie kopuły, a następnie obkładało 30 cm warstwą gliny i darnią lub mchem. Ułożenie drzewa, wymagało niezwykłej cierpliwości, zapewniając właściwy przepływ powietrza w kopcu. Sam wypał trwał od tygodnia do miesiąca. Kopce mieściły od 500÷1000 m3 drewna.

Kiedy przebywałem z wypalaczami, nasłuchałem się historii jak ludzie wchodzili na kopce by je skontrolować i nierzadko wpadali do środka, ginąc właściwie na miejscu. Podczas wybierania kopca nie znajdowano nawet śladu po ofiarach wypadku. Ginęli w wysokich temperaturach, przemieniając się w popiół.

Dziś, proces wytwarzania węgla drzewnego jest bezpieczny, lecz nie na tyle by ustrzec się przed nieprzyjemnymi zdarzeniami.

Wypalaczy można spotkać jeszcze na terenach Beskidu Niskiego i w Bieszczadach.





Do wypału stosuje się piece wykonane ze stali hutniczej. Piece zakłada się drewnem w ilości od 9÷15 m3. Wypał trwa ok. 24 godz. pod nieustanną kontrolą wypalaczy, poprzez zalewanie piecy wodą lub odpowiednim kierowaniu powietrzem w ich wnętrzu.
Wiesiek skrzętnie mi wytłumaczył, na czym polega tajemnica właściwego ułożenia drewna w piecu.



Założenie pieca zajmuje jednemu, wytrawnemu wypalaczowi ok. 50 min. Młodzi, którzy czasem próbowali swoich sił, kończyli po kilku godzinach z marnym skutkiem.



Drewniane bale używane do wypału ważą od 10÷50 kg.



Czasem, bale trzeba położyć na wysokości ponad 2 m. To prawdziwy wyczyn, nawet dla 'strongmana'.



Potem, czary, zwane potocznie procesem suchej destylacji, zamieniają drzewo w węgiel.



Po 24 godzinach, na dnie pieca leży czarne złoto, gotowe odbyć swą podróż do tych, którzy je potrzebują.







- Barak na wypale jest domem, w którym jesz, śpisz... żyjesz.
Podczas wypału, zawsze ktoś musi tkwić na stanowisku pracy, zapewniając piecom właściwą opiekę. Gdyby nie to, rankiem, zamiast czarnego złota, mógłby zalegać w piecach szary popiół.




Odkąd zajmuję się cyklem 'rzemieślnicy' uczę się każdego człowieka. Przedmioty wykonane ich rękoma, które są pospolite, warte czasem parę, złamanych groszy, znaczą dużo więcej, kiedy wiesz jaką historię noszą ze sobą.


Gienek



Wiesiek



Poldek



Czarne złoto



2008.12.22.

Panie przedszkolanki w przedszkolu Miko, wpadły na pomysł zorganizowania jasełek. Taka zabawa w teatrzyk z udziałem małych aktorów. Wiele godzin prób, nauki tekstów wygłaszanych kwestii, śpiewanych kolęd... rodzice zaangażowani w szycie strojów...

Premiera odbyła się w przedszkolu. Widownię wypełnili rodzice i dziadkowie. Po spektaklu owacje na stojąco... nie mogło być inaczej ;-)
Ale nie do tego występu przygotowywały się dzieciaki.
W piątek (2008.12.19) mała trupa teatralna pojawiła się w Domu Opieki Społecznej (DOS) w Kielcach.
Widownię wypełnili pensjonariusze tego domu. Ludzie, którym życie podpisało się na twarzach głębokimi zmarszczkami. Często samotni... czekający.





Po występie dzieci rozdały laurki pamiątkowe.



Jako honorarium wystarczyły cukierki w czekoladzie :-)





Lubię takie akcje. Przypomniał mi się czas spędzony w przytulisku.
Przechadzając się korytarzami DOS spostrzegłem, że nie wszyscy mieszkańcy byli na spektaklu. Dla nich przejście 20 m byłoby prawdziwym wyzwaniem.
Niestety... nie mam ich w aparacie. Nie miałem sił wcisnąć spust migawki. Noszę ich w swojej głowie...

2008.12.24.

Życzę wszystkim, odwiedzającym to miejsce, dużo zdrowia. Zdrowia nigdy za dużo... i szczęścia też nigdy za wiele. Tego Wam życzę.
Resztę, z Bożą pomocą, wypracujecie sobie sami.

2008.12.29.

Wigilię spędziliśmy w Radomiu.
Zaczęliśmy ją od tradycyjnego łamania się opłatkiem. Wiele ciepłych słów.



Drugi punkt programu to wigilijna wyżera. Coś, na co czeka się cały rok :-)



Podczas posiłkowania, Maciek odkrywał swój talent przy klawiaturze dogrywając solówki do kolęd.



Jakiś czas temu dorwałem stare negatywy, które tata skrzętnie przetrzymywał w szafkach. Zrobiłem milion skanów.
Podczas wigilii odbyliśmy sentymentalną podróż w lata 1965÷1987. Trochę bałem się tej wyprawy... reakcji... kilka osób będących na zdjęciach już nie ucztuje razem z nami. W ostateczności, pokaz slajdów okazał się strzałem w dychę.



Uwieńczeniem rodzinnego pobytu stała się walka dzieciaków z gwiazdkowymi podarkami.





2008.12.31.

życzę Wam, żebyście się opili na zabawie sylwestrowej... na tyle mocno, by zapomnieć o wszelkich przykrościach, które Was spotkały w 2008, i na tyle słabo, by w 2009 głowa po tym wszystkim nie bolała... sobie też tego życzę...

bywajcie zdrowi...