|
2009.01.02. Z dziennika pokładowego Bryzy: Spotkały się dwa inżynierskie umysły... ja i Tata. Z oględzin naszej torpedy wynika, że ma ona zanurzenie ok. 95 cm. Co za tym się kryje? To, że płynąc w górnej Wiśle będziemy orać dno rzeki. Postanowiliśmy zamienić napęd śrubowy na napęd strugowy. To pozwoli nam zmniejszyć zanurzenie o 45 cm. Wadą tego pomysłu są koszty. Tata zadeklarował się pokryć wydatki związane z przemianą Bryzy... nie kłóciliśmy się w tej kwestii... zapanowała zgodność ;-) 2009.01.05. Tyle wolnych dni mnie minęło... telewizja, komputer, jedzenie... dużo jedzenia i picia... dużo lenistwa. Dość!!! 2009.01.03. w ten dzień ubrałem się, wsiadłem w samochód i pojechałem przed siebie. Zawitałem do Mielca. Pomyślałem sobie, że pokręcę się po tutejszych podwórkach. Jak się okazało, Mielec to stosunkowo młode miasto. Podwórka nie są na tyle stare by oddawały jakiś klimat. Wykonałem parę ujęć, które właściwie nadają się do śmietnika... może za 100 lat te zdjęcia będą miały jakąś wartość.
|
|
Ale nie był to dzień stracony. W jednej z wąskich uliczek napotkałem taki szyld.
|
|
Tuż za progiem sklepu (zakładu) przywitał mnie 80 letni Stanisław Dymek... rzemieślnik zajmujący się od ponad 30 lat czapnictwem... wcześniej ślusarstwem, krawiectwem, muzykowaniem... do dziś gra na saksofonie po różnych imprezach. Stanisław przyznał się, że za kilka dni zamyka zakład. Interes już nie przynosi od dawna zysków. Ludzie kupują tanie, chińskie czapki warte parę złotych. To dużo poniżej kosztów wytwarzania czapek w Polsce... prawdziwe i przykre. Patrzyłem na czapki, które stworzył Stanisław i widziałem w nich duszę.
|
|
Ale, to nie czapki z duszą się sprzedają, lecz te, które są tanie lub modne... a najlepiej jak łączą w sobie obydwie te cechy. Nie muszą być funkcjonalne. Będąc w zakładzie Stanisława Dymka czułem się jakbym był w muzeum rzemieślnictwa polskiego.
|
|
Stara maszyna do szycia singer, wyprodukowana z odlewu żelaza na początku XX w.
|
|
Żelazko czapnickie.
|
|
Stanisław trudnił się wyrobem czapek zwanych leninówkami, góralskimi, dżokejkami... czasem wykonywał kapelusze męskie itp.
|
|
Będąc w tym zakładzie poczułem, że dotykam sól ziemi... tej ziemi.
|
|
2009.01.12. 'Droga - pas terenu przeznaczony dla ruchu pojazdów'... formułka, którą poznałem w technikum, na studiach... w szkole. Przeczytałem książkę i obejrzałem film pt. 'Siekierezada'. Jedno i drugie wydarzenie artystyczne ma coś, co można pokochać, i coś, co może zniechęcić. Książka jest bardziej poetycka, film bardziej życiowy. Moim skromnym zdaniem książka wygrywa. Ale... czegoś nie znalazłem w książce, a zaistniało w filmie... dialog pomiędzy maszynistą Bartoszko i Jankiem Prederą. Batroszko: Bartoszko jestem. Pradera: Janek Pradera... co by to było panie Bartoszko jakby dróg nie było?... i tych żelaznych jak to mówią, i tych wyjeżdżonych, i tych wychodzonych... Batroszko: Jakby dróg nie było!?... eee co też pan?... ja to ze wsi jestem... jak tylko pamiętam drogi zawsze były... no bo jakby ludzie do ludzi jeździli?... na wesela, ze ślubem, a do sklepu, do wójta, do kościoła, wozem ze zgrzytem z kartoflami... którędy?... jakby dróg nie było!?... pan to chyba miastowy, że o takie rzeczy pyta? Pradera: nie za bardzo... więcej drogowy niż miastowy... I co to jest ta droga? La strada jak mówią? Batroszko: Panie Janku... co to jest droga, to najlepiej dowiedzieć się nogami... a już obowiązkowo bosymi. Dobrze przy tym, żeby piach nie był ot taki sobie... ale gorący... jak we żniwa, albo zimny, jak w listopadzie, w przymrozki... i żeby nogi młode były. Stare kopyta mało czują. Dobrze żeby na tej drodze jakaś kałuża była, kamień, korzeń... i skaleczyć palec, albo piętę odbić o!... żeby poznajomić się z drogą dobrze, to trzeba hen w cudze strony iść... iść, iść... i pomylić się na rozstaju, wejść w dzikie chaszcze... Pradera: taaaak... Batroszko: Jezu, Jezu jak dobrze wtedy zobaczyć naprzeciw człowieka. Przeżegnać się. Żeby on nie był czasem w kopytkach. Potem powiedzieć 'Niech będzie pochwalony', a jak odpowie, spytać: 'panie, którędy panie do Dolistowia?'. Pradera: A on... co niech odpowie? Batroszko: Do Dolistowia!? Toż to panie całkiem naprzeciw! Choć pan, panie, ja też do Dolistowia. Pradera: I co?... i co dalej? Batroszko: I już dobrze!... Oj, jak dobrze panie Janku, sie idzie już spokojnie i sie rozmawia. Pradera: taaaak, się idzie, się rozmawia, się... |
|
ehh.... szkolne formułki. Nijak się mają do tych, które napotykają nas w życiu. A być więcej drogowym, to jak kara i błogosławieństwo. 2009.01.19. Patrząc jak dorasta mój mały człowiek, przypominam sobie, jak to było, kiedy sam dorastałem. Przeżyć ponownie własne dzieciństwo. Chyba to miał na myśli Bóg dając nam dzieci. Wczoraj szwagier wpadł na pomysł zorganizowania kuligu. Chęci, sanki, furka i tworzymy uśmiechy na twarzach małych ludzi... jak się okazało, duże twarze też nie są obojętne na radość. Podział ról był prosty... Szwagier został woźnicą.
|
|
Ja, siedząc jak gangsta-rap na drzwiach fury, strzelałem do dzieci z aparatu.
|
|
Sister, kontrolowała sytuację w kuligu.
|
|
Potem i ja poddałem się szaleństwu.
|
|
2009.01.26. Wylądowaliśmy w Białce Tatrzańskiej. Mieszkamy w domu typowo góralskim. Ale nie takim z wysokim i ostrym dachem. Jego typowość polega na funkcjonalności góralskiej. Dom u swych podstaw, składa się z izby zamieszkiwanej przez owce i gospodarzy, a w górnej części śpią cepry... znaczy się my. Pierwsze, co rzuca się na ciebie po przekroczeniu progu, to zapach. Co wrażliwsze nosy pomyślą o oborze i zwierzęcych odchodach. I coś w tym jest. Lecz po godzinie przebywania w tym domu, odnajdujesz w tym zapachu słomę, owczą skórę, drewno jeszcze nie tak stare... I może się to wydać śmieszne ale po pewnym czasie zaczynasz kochać ten zapach. I nawet podejrzewam, że gdy stąd odjadę, będę za nim tęsknił.
|
|
Postaram się oddać to wszystko na fotach. Jak tylko dorwę aparat i wycisną z tego miejsca wszystkie soki.
Każdy dzień spędzamy na stoku. Oczywiście z przypiętymi do butów dechami. 8 godzin łażenia po mrozie... tzn. ja łażę... ktoś musi zostać na dole, by szaleć na nartach mógł ktoś. ;-) Osobiście nie lubię nart, ale lubię całą otoczkę związaną tą pasją. Tu, w dolinie, towarzyszy mi Szwagier. On z przymusu musi tylko kochać narciarską atmosferę. Jego artystycznie rozsypane kolano przykuło go do mej osoby :-) Zajęcie jakie nam wypełnia czas, to nauczanie małych ludzi jak jeździć na nartach. To ja i Szwagier spowodowaliśmy, że tarcie pod nartami naszych chłopaków nie istnieje. A potem... potem zajęli się tym profesjonaliści.
|
|
Uwieńczeniem dnia stają się ognidkowe posiadówy, grzańcowo-piwno-kiełkasko-oscypkowe.
|
|
Dziś był kolejny powód, jeden z wielu powodów, których nie brakuje by wypełnić żołądek łokowitką. Urodziny Miłosza.
Były prezenty w postaci czekolady, paczki gum rozpuszczalnych i soku Kubuś. Tort ze świeczkami zastąpił płomień z zapalniczki ;-)
|
|
2009.01.28. Od razu się tłumaczę, że od kilku dni dysponuję tylko laptopem i nie bardzo wiem, jakiej jakości zdjęcia oglądacie... jak tylko dotrę do domu, poprawię fotki jeśli zajdzie taka konieczność. Miko, w oszałamiającym tempie przechodzi narciarską ewolucję. Przyjeżdżając tu, bałem się, że Młody założy narty, śliźnie się ze trzy razy i wyrzuci dechy w krzaki. Ale tak się nie stało. Z godziny na godzinę każda część ciała uczyła się nowych odruchów. Kolejny zjazd to pokonywanie barier. Lęki nie istniały... no, może u mnie pojawiło się ich dosyć sporo ;-) Mały chłopczyk stawał się narciarzem. Mikolo wśród wytrawnych deskarzy.
|
|
Pod koniec dnia, Miko osiągał na małej skoczni dwu metrowe skoki... poza punkt konstrukcyjny.
|
|
W końcu i mnie porwało to narciarskie szaleństwo... opuściłem Szwagra i pognałem na stok.
|
|
I jeszcze jedna fota ze stoku... zdjęta tak na odchodne. Ciężko się żegnać z tym miejsce i czekać całą noc by rankiem tu powrócić.
|