|
2009.04.01. Ostatnio w świętokrzyskim są dwa rodzaje pogody. Jest deszczowo i bardzo deszczowo. Jako, że w sobotę miałem z rana tylko dwie godzinki na swoje dziwactwa, postanowiłem wykorzystać tylko deszczową pogodę na foto-podróż. Chwyciłem za kierę mojego alu-rumaka i pognałem do Świętej Kaśki. Jak się okazało, na miejscu nie było wiele atrakcji. Każdy, kto tu przybędzie, traktuje to miejsce jako bazę wypadową w góry świętokrzyskie. Chociaż są w miasteczku miejsca warte obejrzenia: muzeum, klasztor i takie tam... turystyczno-familijny staff. Ja postanowiłem obejrzeć próg Świętokrzyskiego Parku Narodowego... to coś, do czego od dawna mnie ciągnie.
|
|
U wrót Świętokrzyskiego Parku wybija źródełko św. Franciszka. To dobre miejsce by wybudować kapliczkę i dlatego ktoś ją wybudował, nazywając nie inaczej jak kapliczka św. Franciszka.
Woda ze źródełka podobno ma lecznicze właściwości. W ciągu dnia przybywają pielgrzymki mieszkańców okolicznych miejscowości i pobierają hektolitry cudownej wody.
|
|
W źródełku odnotowałem obecność żabci... nawet specjalnie wybudowano dla niej lożę, rodzaj schronienia.
|
|
- panie... moja znajoma piła tę wodę z miodem i nerki wyleczyła - zachwala okoliczny pielgrzym - ja też mam chore nerki. Nie wierzę w te cudowne właściwości ale piję panie... a poza tym, kiedyś czajnik wymieniałem co dwa miesiące. A teraz to czajnik mam pół roku... eeee co ja gadam... cztery lata panie mam czajnik i nie ma w nim grama kamienia. - a wiem pan, że żaba pływa z tym źródełku? - uświadomiłem przybysza o katastrofie ekologicznej uzdrowiskowej wody. - eeee... panie.... przecież żaby nie są trujące... zresztą ona tam jest od zawsze... odkąd pamiętam. Skoro żaba cierpi na długowieczność i ja postanowiłem zarazić się tą samą chorobą ;-)
|
|
Uzupełniłem płyny z życiodajnego wodotrysku i przywitałem kolejnych przybyszy. Ubrani w gore-texy od razu przykuli moją ciekawość. - skąd państwo idziecie? - jesteśmy z Opla i idziemy na Łysicę czerwonym szlakiem. - fajny spacer... - he, he... potem wracamy niebieskim szlakiem, więc dziś zrobimy 40 km... istotnie fajny spacer :-) Pogadaliśmy jeszcze ze 20 minut. Z rozmowy dowiedziałem się, że wiele lat temu, ci ludzie, postanowili, że każdy weekend spędzą poza domem. Uprawiają przede wszystkim kolarstwo górskie, windsurfing i narciarstwo. Lecz kiedy pogoda jest nijaka witają się z górami. Mają syna i córkę. Młodzi ostro trenują do trancarpatia dlatego dziś na czerwonym szlaku są sami. Słuchałem ich i zazdrościłem. Też tak chcę. Przekonanie mojego ukochanego człowieka do takiego stylu życia, będzie wyczynem porównywalnym ze zdobyciem kilku ośmiotysięczników. Na pożegnanie wymieniliśmy się zdjęciami i kążdy podążył w swoją stronę. Ja do domu, a oni przetrzeć kolejny szlak.
|
|
2009.04.01. W niedzielę zaliczyliśmy z żoneczką teatr. Nie często się to zdarza, ale w niedzielę się zdarzyło. Sztuka nosiła tytuł "Mały Książe" Kompletnie się rozczarowałem. Nastawiłem się na jakąś wersję dla dorosłych. Młody chłopak z małego miasteczka, zakochany po uszy w szkolnej piękności... ona ma go w dupie. Rozżalony młodzian wyrusza w świat i spotyka, zblazowanego aktora, zepsutego polityka, lisa jako złodziejaszka lub żigolaka, zaganianych ludzi nastawionych na karierę, depczących wszelkie wartości, pijaczka który dawno pogodził się ze smutnym losem i innych. Na końcu swej drogi spotyka śmierć jako dilera, który opyla mu złoty strzał, przepustkę do wymarzonego miejsca, do serca swojej ukochanej... do domu. Oczywiście małomiasteczkowa laska zauważa brak głównego adoratora (zabawki). Trochę cierpi, może pokątnie płacze bo był jedynym, który ją szanował. A on tułając się po świecie zobaczył, że tego kwiatu to pół światu. Lecz mimo wszystko ten w domu jest jedyny i niepowtarzalny. Tylko, że powrotów nie ma. Duma i upokorzenie nie pozwalają na oglądanie się za siebie... choć tęsknota rozdziera duszę. I znów by zatriumfowała stara jak świat podróżnicza prawda: to czego szukasz, czeka na ciebie w domu. Niestety... tak nie było. Sztuka była przedstawiona w musicalowej formie i jak najbardziej książkowo. Główna aktorka (mały Książe) nie bardzo radziła sobie ze śpiewaniem... ale śpiewać każdy może. Pomyślałem sobie, że wszyscy będą zadowoleni. Szkoły, że wykonały plan zabierając młodzież do teatru. Teatr, że widownia była pełna. I młodzież, że nie będzie musiała czytać lektury... szkoda :-( 2009.04.06. Zaraz po zimie przyszło lato... wszystko się to stało z pominięciem pani wiosny. Choć nie wykluczone, że to sama pani wiosna tak tchnęła ciepłem znużonych zimnem ludków. Jest ciepło... postanowiłem nasycić się tą chwilą chwytając badyle i ruszając przed siebie. Nogi zaprowadziły mnie na wiśniówkę... na czynne i nieczynne wyrobisko skalne... W takich miejscach jak to, zaczyna się wielka przygoda zwana "budownictwem".
|
|
Wyrobisko jest nadal czynne i chyba 24 godz. na dobę. Przynajmniej teraz, gdy rozpoczął się sezon ogórkowy dla budowlańców.
|
|
Potem, moje sprytne nogi zaprowadziły mnie do (już nieaktywnej) kopalni kruszywa, sukcesywnie zasypywaną przez odpady pochodzące od jej młodszej siostry.
|
|
Szkoda, że ktoś wpadł na pomysł zrównania tego miejsca ze szczytami wyrobiska. Statystyka: odcinek - 15,6 km czas - 3:10 godz. spalone - 2460 kcal... miejscami tempo było ok i trochę wspinaczki niskogórskiej ;-) 2009.04.13. Starczy tego żarcia... Święta przeleciały nam jak trzask batem. Były spotkania z jedną rodziną i drugą, piwno-ogniskowe spotkania z przyjaciółmi i wirtualne spotkania na poligonie wojennym Call of duty... z Młodym jesteśmy fanatykami tej gry (trochę w święta nie przystoi grać w takie rąbaniny... jest nam wstyd). Tak, czy siak, trzeba było z tym wszystkim zerwać i rzucić się w ramiona matki natury. Trochę się czuję osamotniony w swoich podbojach świata (osobiście mnie to nie przeszkadza, ale miło jest czasem się do kogoś odezwać:-). Moja ukochana nie chce uczestniczyć w moich wygłupach, a Ci, którzy towarzyszyli mi w drodze, orają gdzieś na wyspach, lub czasowo zamienili sprzęt trekkingowy na walkę z pieluchami. Postanowiłem stworzyć takiego towarzysza drogi. Ziarno zasiałem już wcześniej, a teraz zaczyna się okres wzmożonej pielęgnacji. Młody dostał na szóste urodziny nowego bika. Doszliśmy do wniosku, że trzeba go lekko przetestować. Ruszyliśmy na poobiednią wycieczkę w koprzywnickie lasy. Młody, ja i mój najmłodszy szwagier - Łukasz.
|
|
Po 4 km dojechaliśmy do schodów prowadzących do nikąd.
|
|
Łukasz ćwiczy fikanie salt i innych koziołków więc takie schody to właściwe miejsce do testowania nabytych umiejętności.
|
|
Kolejny etap wycieczki zakończył się na hałdach białego piachu... pozostałość po odkrywkowej kopalni siarki. Hałdy mają wysokość ok. 17 m (wysokość bloku pięciopiętrowego). Nie udało mi się dziecka utrzymać w ryzach... musiał wybrać najtrudniejszy szlak wspinaczkowy...
|
|
... by zaraz rzucić się w czeluść.
|
|
Statystyka: odcinek - 10,2 km czas - 2:30 godz. uwagi: w drodze powrotnej (na 6 km wycieczki), małe nogi odmówiły posłuszeństwa. Oczywiście musiałem obiecać, że pograją dziś godzinkę na komputerze, i że im więcej robimy nieuzasadnionych odpoczynków, tym tego czasu jest coraz mniej. Po tak złożonej przeze mnie deklaracji, małe nogi zamieniały ruch obrotowy w posuwisto zwrotny... bez odpoczynku... i jeszcze przez ponad 4 km. ;-) 2009.04.19. Kolejny raz, w sposób przeklasyczny, sformatowałem sobie dysk komputerowy z danymi, zbieranymi przez całe swoje życie. Te dane to tylko projekty konstrukcji budowlanych, zdjęcia, filmy, księgowość mojej firmy itd... wszystko to, co stworzyłem w swoim krótkim żywocie, a właściwie w ostatnich 15 latach. Dlaczego nie odpinam dysku archiwalnego podczas przeróbek komputera?... nie wiem. To wszystko jest dla mnie tak oczywiste i proste, że nie czytam komunikatów wysyłanych przez PC-et. Klepię bezmyślnie klawisze i efektem takich działań jest maksymalne zdziwionko. Oczywiście... jeśli coś nie jest bardziej traumatyczne niż rak jąder lub głód w Afryce, nie nosi u mnie miana "problem"... niemniej, utrata danych może lekko podkurwić. Po tygodniu walki odzyskałem 99% danych. Zdjęcia mam w katalogu JPG w ilości ponad 60 000 szt... bez dat i nazw. Fot, które mnie interesują w tym całym śmietniku jest ok. 4 000. Czyli mam robotę na zimowe wieczory, żeby to wszystko przewertować i ułożyć. :-) Program do odzyskiwania danych znalazł pliki utracone podczas ostatniego formatu jak i dwóch poprzednich... kompletny miał. 2009.04.20. Żyć długo nie jest sztuką, lecz żyć pięknie. 2009.04.27. Czasem sobie siedzę i przeglądam odzyskany staff ze sformatowanego dysku. Dobrą stroną tego zamieszania jest świeże spojrzenie na to, co kiedyś widziałem w obiektywie i schowałem do szuflady. Te zdjęcia jakiejś szczególnej wartości dla mnie mają, ale są powiązane z różnymi uczuciami i odczuciami... wspomnieniami. Wcześniej wyjeżdżałem na plenery fotograficzne zorganizowane przez Fototok, CKF... Na plenerach dużo się pije, wygłupia i mało zdjęć robi... nie wiem dlaczego nazywają się fotograficzne ;-) Niemniej, jeden plener (Góry Sowie) był szczególny bo zrobiłem kilka zdjęć... jakoś serca do picia nie miałem... zdjęcia robić mi się chciało... Wyruszyliśmy z grupą na szlak gdzie niepostrzeżenie oderwaliśmy się z Tompac-iem od peletonu. To zmusiło mnie do wyjęcia aparatu z plecaka i spojrzenie trochę inaczej na wszystko co mnie otaczało. Czy sprawił to Tompac, czy miejsce, trzepałem foty jak ten głupi. Oczywiście po wywołaniu slajdu popatrzyłem na moje wypociny i schowałem do szuflady... niezbyt kocham fotografie pejzażową i być może dlatego te strzały mnie nie poniosły. Dziś uznałem że kilka może zawisnąć na tej stronie.
|
|
no i zdjęcie narcystyczne...
|
|
|