|
2009.09.01. Nie będę się dziś rozpisywał, ponieważ wszystko zostało powiedziane. Chcę tylko dodać, że u mnie wszystko w porządku... słowa w niepiosence to tylko spostrzeżenia. |
Gdyby coś nie halo to chwyć za linę >>> niepiosenka <<< 2009.09.04. Nie rozumiałem dlaczego nie chciałem jeść produktów spożywczych, które są tak łatwo dostępne w marketach, i w ogóle w hurtowniach. Nie rozumiałem dlaczego po ukończeniu ósmego roku życia przestałem chodzić do lekarzy, żreć tabletki na byle dolegliwości, lub żreć lekarstwa bez powodu... tak na wszelki wypadek. Nie rozumiałem dlaczego tak bardzo kocham las, choć to tylko skupisko choinek i chwaściorów. Nie rozumiałem dlaczego nie oglądam telewizji poza Discovery i Traveler. Nie rozumiałem dlaczego tylko ja widzę tęczę. (film K-PAX) Nie rozumiem dlaczego to mnie się przytrafiło?... niemniej dziękuję i obiecuję, że nie zmarnuję tego, co dostaję każdego dnia... i oddam każdemu, kto będzie tego potrzebował. 2009.09.09. - fajna data ;-) W sobotę spełniło się jedno z miliona moich marzeń. Byliśmy ustawieni u Miśka na działeczce (środek lasu), żeby poczuć telebimową atmosferę chorzowskiego stadionu, na którym Orły walczyli z Wyspiarzami o awans do MŚ. Tak czy siak, meczyku nie oglądałem. Jak się okazało to chyba dobrze.... nieeeee.... na pewno dobrze, a nawet zajebiście. Tuż, przed Miska posesją, stała mała bestia z napędem na cztery koła... bak wypełniony paliwem po sam koreczek. Dorwałem się do tego cacka jak dziecko, które pierwszy raz siada za kierownicą samochodu swojego ojca. Misiek wypatrzył spojrzenie małego chłopca i szybko uzbroi mnie we właściwy strój.
|
|
Jak się potem okazało, obaj jesteśmy nieźle pojebani na punkcie wypraw offroad-owych. Z tą różnicą, że on jest offroad-owcem, a ja tylko marzycielem :-) Swoją wyprawę zacząłem po godzinie 19:00. W lesie panowała kompletna ciemność. Wszyscy obstawiali, że się zgubię i wykonam w ciągu godziny telefon do przyjaciela. He, he... tylko nikt nie wiedział, że las to mój drugi dom. Po godzinie, w moje głowie miałem narysowaną mapę ważnych dróg leśnych w promieniu 3-4 km od Miskowej działki. Zadanie było o tyle trudne, że mój umysł rejestrował wszystko to co oświetlił quad. Kiedy dojeżdżałem do krzyżówki, na której zmieniałem kierunek, ostro hamowałem, a po opuszczeniu skrzyżowania stosowałem szybki start. Agresywny bieżnik quada charakterystycznie zaznaczał moją obecność na rozdrożach. Jazda przypominała świadome błądzenie po labiryncie. Kolejny etap wyprawy to podróż do okolicznych miasteczek i wsi, przeprawy przez potoki, błota, polne rżyska... wszytko po to, żeby wycisnąć z ekstremalnej podróży jak najwięcej radości. Po czterech godzinach z bólem w sercu oddawałem Miśkowi małą bestię. Trochę filmowałem. Ale nie za dużo. Jazda w nocy na quadzie, bez jednej ręki to słaba atrakcja :-) P.s. Dzięki Ci Michu za to przeżycie. Teraz wiem na co zbieram pieniądze ;-) |
Gdyby coś nie cziło to chwyć za linę >>> nocne quadowanie <<< 2009.09.15. Nic nie piszę... wszystko jest jasne :-) |
Gdyby coś nie tiru-riru to chwyć za linę >>> błotna przeprawa <<< 2009.09.21. Trochę się pochwalę... nooo, że taką ławkę se w garażu wydłubałem... jeszcze jej nie opiłem... kiedyś to zrobię jak będzie okazja... produkt w pełni polski... ręczna robota... ;-)
|
|
2009.09.22. W niedzielę wyskoczyłem sobie na rowerek... niestety, samotny rajd. Trochę kluczyłem po radomskich polach i lasach. Wreszcie dojechałem do jakiegoś, ukrytego w lesie osiedla domków jednorodzinnych. Klucząc wąską, osiedlową drogą zwróciłem uwagę na chmarę psów szczekających za płotem. Jakoś instynktownie rozumiałem, że pakuję się w kłopoty. W końcu gdzieś może być niezamknięta brama, dziura w płocie itd. Lecz brnąłem dalej mając nadzieję, że tym właśnie szlakiem dojadę do pól, a stamtąd już rzut beretem do domu. Droga doprowadziła mnie do ślepego zaułku. Za płotem ciągle ujadały psy. Nagle jedno szczekanie dobiegło zza moich pleców. Rozpędzone bydle wielkości owczarka niemieckiego było już tylko 10 m ode mnie. W panice schodząc z roweru przewróciłem się. Układ nerwowy wpompował do mojego krwioobiegu porządną dawkę adrenaliny. W ułamku sekundy pozbierałem się i pierwszy atak odparłem rowerem. Pies zatrzymał się i szykował do drugiego natarcia. Obrona była bezcelowa. Postanowiłem i ja zaatakować. - no chodź ty skurwysynu!!! - wydałem z siebie dźwięk na tyle przeraźliwy, że czworonożne zwierze odstąpiło o metr. Byłem pewien, że wojnę psychologiczną wygrałem. Schyliłem się żeby zamarkować sięgnięcie po kamień. Pies odsunął się o kolejne kilka metrów. - o nieeeee suczy synu... ten dzień się tak nie skończy - pomyślałem. Między mną a psem zauważyłem kawał łaty drewnianej, idealnie leżącej w dłoni. Jej waga gwarantowała mi likwidację psa za pierwszy uderzeniem. Ruszyłem w pogoń za bydlakiem, wykrzykując kolejne epitety pod jego adresem. Psisko skulone wbiegło na swoją posesję jak mysz pod miotłę. Kiedy dobiegłem do bramy odległość między bestią, a mną wynosiła ok. 80 m. W szale zacząłem kopać furkę, która się nie domykała i tłuc z całych sił drągiem w bramę, mając nadzieję, że wyjdzie właściciel, że właśnie jemu zajebię tym kołkiem w łeb dosadnie tłumacząc, że ja sobie poradziłem z jego pieskiem, lecz przechodzący tędy dzieciak, nie będzie tak zaradny. Przez chwilę czekałem... ale z domu nikt nie wyszedł... Kiedyś rozmyślałem o sytuacjach, w których będę musiał walczyć o życie... moje lub rodziny. Zastanawiałem się czy jestem w stanie jeszcze wykrzesać w sobie właściwy instynkt samozachowawczy. To futrzane gówno obudziło we mnie coś, co drzemało przez lata. Jestem Kefa (Piotr) czyli skała... 2009.09.23. W menu głównym dodałem zakładkę >>> ostatnia wola <<< Ze mną wszystko w porządku... chyba ;-) Niemniej, chciałem żeby moi najbliżsi nie panikowali w 'tym' momencie zaskoczenia. 2009.09.25. Czasem, gdzieś sobie wyskakuję pstryknąć kilka fot... znaczy się, łażę bez celu z przyklejonym aparatem do twarzy... streetphoto z angielska to szlajanie nazywają. No i gdy tak czyszczę bruk, to kilka sytuacji ciekawych wpada mi do obiektywu. A paluch wskazujący utrwala te chwile na karcie. Życie ludzi, których nie znam, których widzę pierwszy raz i być może ostatni... czasem coś zagadam, oni odpowiedzą.. i tak to się kręci...
|
|
2009.09.28. Wczoraj, rodzinnie zaliczyliśmy Częstochowę. Cholernie żałuję, że nie wziąłem lustra... fajne streetshooty widziałem. Ja nie skorzystałem. Za to Młody dorwał pierdzioszka i kilka śmiałych fotek wykonał. I ludzie mu pozowali. Jakiś dar przekonywania ma... do siebie. Urokliwy jest cholernie. Zdaje się po tatusiu ;-) Mikołajowe streetphoto.
|