2010.01.04.

Dziś, o 1:30 rano, przyszła na świat moja mała królewna Natasza.
Ma się bardzo dobrze... 10 pkt.
Mamusia też ma się dobrze. Radość zasłoniła wyczerpanie.

Ja pierdolę... jaki piękny dzień :-)



A tu jeszcze filmior :-)



Gdyby coś nie halo to chwyć...          >>> Nataszka 2010.01.04 <<<


2010.01.11.

No... dziewczyny są już w domu... całe, zdrowe, szczęśliwe.
Chociaż, ta mała wersja kobiety jest wiecznie śpiąca... czasem głodna. Żeby sobie z nią pogadać, trzeba ją lekko cucić. Nieeee... nie skarżę się. To naprawdę miła odmiana po Mikołaju, który w ciągu doby spał tylko 2 godziny :-)

Zaobserwowałem ciekawą rzecz u siebie.
Nie potrafię brać obcych dzieci na ręce. Za to do swoich, rwę się jak głupek. I nikt nie uczył mnie tych czynności. Tulenie własnych dzieci, ktoś zapisał mi w kodzie genetycznym... jak układać ręce, jakiej siły używać... nie mogę się nadziwić.

Poniżej, kilka strzałów z wczorajszej sesji :-)



Kilka małych detali :-)





2010.01.19.

Przedstawiam Wam moją, kolejną, filmową odsłonę.
Tym razem jest to próba pójścia w stronę reportażu. Już od dawna chodził mi taki zamiar po głowie.
By nie psuć ciekawych pomysłów na wartościowym temacie, szlify zdobywam na samym sobie... na narcyzie ;-)

Jest to jeden z wielu zamysłów utworzonych w mojej głowie, przeniesionych na łono obrazu ruchomego.
Oczywiście, nie uniknąłem błędu językowego jaki strzeliłem podczas wypowiedzi o ciemnym lesie. No cóż... nie robiłem dubli z powodu braku czasu, a raczej trwogi, że moja ukochana zaraz zadzwoni z informacją o porodzie. Wszystko szło na żywioł. Więc jest, jak jest ;-)

zapraszam...



I lineczka dla tych, co mają problem z Internet Explorer          >>> Inauguracja sezona 2010 <<<


2010.01.20.

Miałem tego nie pisać. Ale pomyslałem sobie, że komuś może się to przydać...

Od jakiegoś czasu, mocno interesuję się metodami ratowania życia ludzkiego w obliczu nagłych zdarzeń. Tylko po to, by nie stać bezradnie, kiedy ktoś będzie umierał na moich oczach.

W niedzielę, późnym wieczorem, moja ukochana córunia, zakrztusiła się dwukrotnie własnymi wymiocinami. Na tyle skutecznie, że zablokowała sobie śluzem drogi oddechowe. Przez 20 minut, do przyjazdu ambulansu, walczyłem o każdy jej oddech... o choćby najmniejszy łyk powietrza. Najgorsze 20 minut mojego pojebanego życia. Do końca swoich dni będę dziękował Bogu za to, że dał mi siłę i spokój do walki z jej śmiercią.
Po przewiezieniu Małej do szpitala, jeden z sanitariuszy upuścił ją na ziemię z wysokości 1 m. Jedyne co uratowało ją przed krzywdą, to mały kocyk, który na ziemię (w miejsce jej lądowania) dotarł wcześniej niż Nataszka. Na szczęście, Mała jest cała i zdrowa.

Jest faktem, że pierwszym błędem jaki został popełniony, było moje zlekceważenie spokoju, jaki roztaczała wokół siebie moja córeczka.
Potem, kolejne błędy, były konsekwencją tego pierwszego. Razem z ukochaną, zrobiliśmy analizę całego zdarzenia, krok po kroku i przebudowaliśmy kompletnie nasze życie.

Dlaczego o tym piszę...?
Podczas szkoleń BHP, organizowanych okresowo w naszej firmie, jestem najbardziej popierdolonym słuchaczem na punkcie ratowania życia ludzkiego. Wydłużam w nieskończoność zajęcia, zasypując prowadzącego pytaniami wykraczającymi poza zakres szkolenia. I choć każdy patrzy na mnie krzywo, bo przesadzam, bo wszystkim się spieszy i nie chcieliby spędzić reszty życia na szkoleniu BHP, to ja mam to głęboko w dupie. Takie zajęcia ratują życie!!! Im więcej wiesz, tym bardziej jesteś skuteczny.

Dowiedzcie się jak najwięcej na temat ratowania życia ludzkiego. Od gównianego skaleczenia, po urwane koniczyny, zawał serca, przebite płuco, użądlenie osy w gardło, złamany kręgosłup itd. Takie sytuacje dzieją się co dzień i wszędzie.
Właśnie od Was może zależeć, że będziecie cieszyć się swoją żoną, mężem, rodzicami... własnym dzieckiem.
Cokolwiek zrobicie w sytuacji zagrożenia, zrobicie więcej, niż tylko patrzenie jak waszym bliskim gaśnie w oczach życie. I walczcie do końca!!! To lekarz stwierdza zgon... nie Wy!!!