2010.07.01.

Ponad tydzień temu, Misiek zaprosił ekipę na grillowanie z telebimowym meczowaniem.
Pewnie ten czas, właśnie tak bym spędził. Ale stało się inaczej. Na Miśkowej działce pojawiłem się sam, ponieważ moja ukochana nie mogła przybyć razem ze mną. Więc, na miejscu okazało się, że bez pary jestem ja i quad Kawasaki 700 cm3 :-)
Misiek poznał moje spojrzenie, słyszał jak wzywa przygoda. Po chwili uzbroił mnie w kask i pękary... przypomniał obsługę japońskiego potwora, ustawiając napęd na tylną oś. Kocham go za to... :-)

Wyprawa trwała ponad cztery godziny.
Najpierw odwiedziłem miejsca polecone przez Miśka. Polne i leśne drogi, kopalnię piachu...
Ale mój apetyt nie malał. Z każdym kilometrem zew był wyraźniejszy.
Po 20:00 pojechałem na tereny zalewowe Pilicy. Drogi... pamiętające (jeszcze nie tak dawne) powodzie, miejscami bagniste. Śmiałem się w twarz miliardom komarów. Moja zbroja była skuteczną zaporą dla tych krwiożerczych bestii.
Będąc w bagnistej krainie zmieniłem sposób myślenia. Spokojna, rozważna jazda. Każdy ruch musiałem dokładnie zaplanować. Błędy kosztują w tym miejscu wyciąganie sprzętu z niezłego gówna. Miałem świadomość, że mało kto będzie w stanie do mnie dojechać. Właściwie to tylko drugi quad z porządną wyciągarką.
Był moment, że mając napęd na tylną oś, lekko się pogrążyłem. Po trzeciej próbie wytoczenia się z kłopotów, wykonałem 'telefon do przyjaciela'. Misiek poinstruował mnie jak przełączyć napęd na cztery buty i uspokoił, że ta maszyna nie z takich opresji go wydostawała ;-)
Ucieszyły mnie słowa Micha. Oczywiście, przeszyła mnie trwoga, że jeżeli nie wyciągnę quada w dwóch próbach, to zawieszę go na podwoziu. Wtedy czekałaby mnie nocka pełna pracy. Miałem nóż i multitool. Wokół rosły wierzby. Awaryjny plan był gotowy. Rozstawiłem kamerę. Nie bałem się. Zresztą, nie musiałem. Quad, ubrany w niezwykle agresywny bieżnik, z włączonym 4x4, poradził sobie z problemem za pierwszym razem. Czułem, że gdyby będące pode mną Kwasaki potrafiło się śmiać, to wyśmiałoby moje niedowiarstwo w jego możliwości. Potem, już śmielej pokonywałem podobne przeszkody, lecz nadal spokojnie i rozważnie. Byłem w miejscu, dla którego ta maszyna była stworzona... byłem w domu ;-)

Podczas tego wypadu nakręciłem kilka ujęć. Kręcąc niektóre sceny musiałem przestawiać kama. Było to trochę upierdliwe, ale chciałem mieć pamiątkę z tej wyprawy. Na poniższym filmie złapana jest marna namiastka tego, co przeżyłem. Nie chciałem tracić cennych chwil z przygodą, więc film nie należy do długometrażowych.



I lineczka dla tych, co mają problem z Internet Explorer i dla tych, co chcieliby obejrzeć wersję HD
>>> 4x4 <<<


P.s. Michu... ogromne dzięki ;-)

2010.07.06.

Kolejna, filmowa podróż odbyła się na święto Kielc.
Jakiś czas temu, odkryłem jedną z funkcji w mojej kamerze. Slow motion.
Po wczytaniu się w instrukcję, twórcy tej kamery obiecali, że w nagrywaniu powolnym, jakość filmu dramatycznie spadnie. I faktycznie. Jak obiecywali, tak było. Ale podjąłem się wyzwania skręcenia jakiegoś shortu w takiej technice. Jest coś magicznego w nagrywaniu życia w zwolnionym tempie. To trochę jak zdjęcie. Delikatny ruch kamerą wprowadza uczucie przestrzeni.

Kamera, którą posiadam jest trochę jak telefon komórkowy. Ma szereg funkcji przydatnych, lecz są to namiastki profesjonalnego sprzętu. Można rzec, iż jest startem do czegoś poważniejszego.
Normalnie, kamera kręci film z prędkością ok. 30 klatek/s. Ten film kręciłem z prędkością 120 kl/s... trochę za wolno. Widziałem filmy kręcone na ulicy z prędkością 300 kl/s i to jest naprawdę przyzwoita prędkość. Jeśli się to połączy z właściwą głębią ostrości, no to niebo dla widza.

Zapraszama na film 'Slow Kielce'.



I lineczka dla tych, co mają problem z Internet Explorer i dla tych, co chcieliby obejrzeć wersję HD
>>> slow Kielce <<<


2010.07.09.

Dnia siódmego dostaliśmy miłość.

2010.07.13.

Z dziennika pokładowego MA-RAM-0792A w skrócie - exBryzy :-)

2010.07.11

Dziś zwodowaliśmy exBryzę.
Działanie miało na celu wyeliminowanie niedoróbek i poprawienie ewentualnych błędów powstałych podczas remontu łodzi. Dla tej jednostki był to pierwszy kontakt (od dwóch lat) z wodą. Właściwie można powiedzieć, że w ogóle pierwszy, po totalnej metamorfozie. Mieliśmy w głowie wiele znaków zapytania. Jak wielkim obciążeniem bedzie dla samochodu osobowego podczas transportu? Jak ją zwodować? Jak exBruza będzie zachowywać się na wodzie?
Wodowanie było dosyć prostą czynnością, zresztą jak i wyciąganie z wody. Choć warunki nie były idealne, to cała operacja przebiegła sprawnie.
ExBryza na wodzie zachowuje się lekko, nawet powiedziałbym za lekko. Sprawia wrażenie chybotliwej. To dlatego, ze łódź ma konstrukcję łodzi morskiej. Dno ukształtowane jest w taki sposób, żeby sprawnie radzić sobie z falami. Na wodach śródlądowych, takie właściwości są uciążliwe. Wydaje mi się, że sytuację poprawiłoby dobalastowanie exBryzy ciężarem 300 kg. Ale to znowu ją spowolni. Więc odpuszczamy.
Obecne zanurzenie to ok. 30 cm. Sukces!









W tej chwili exBryzę napędza silnik 9,9 KM. To mało, ale dzięki temu łodzią może sterować każdy.



Prędkość maksymalna na tym silniku to ok. 12÷15 km/h. Prędkość wyprawowa. Dzięki małej mocy silnika spalanie jest znikome... właściwie, to nie wiemy jakie, bo po półtorej godziny pływania, nie zaobserwowaliśmy ubytku w baku :-) Na oko można powiedzieć, że chyba 1÷2 l/h. Inną zaletą tego silnika jest stosunkowa cisza. Podczas pracy mogliśmy normalnie rozmawiać. W łodziach, które nas wyprzedzały z ogromną prędkością ludzie darli się w niebogłosy, żeby się usłyszeć... masakra :-)



W między czasie, Szwagier odegrał kultową scenę z filmu TYTANIC.



W połowie sierpnia, ja i Miko wykonamy wymarzony skok z Węgorzewa na Ruciane, jak w piosence 'Na Mazury'. ExBryza idealnie do tego się nadaje... na to została stworzona.
Muszę się przyznać, że myślałem o tej wyprawie już od dwóch lat. A kiedy widzę, że pomysł obraca się w rzeczywistość, każdy dzielący mnie dzień od tego wydarzenia, jest jak mordęga. Niemniej, ten czas poświęcę na przygotowania. Trzeba poczynić zakupy: sprzęt turystyczny, nawigację GPS uzbrojoną w Betkowe wynalazki, i inne. Pożywienie będziemy wyciągać z wody, lub kupować za grosze w gospodarstwach rolniczych. Pamiętam, jak miałem 7 lat, Tata wziął mnie na wyprawę po Pilicy i właśnie w ten sposób napełnialiśmy żołądki... ryby, mleko, jajka, woda ze studni i chleb. Nigdy tego nie zapomnę. I takie właśnie wrażenia wpakuję Mikołajowi do głowy.

2010.07.23.

Pamiętam jak za czasów komunistycznych wypełniało się w ten sposób kartki:
Pozdrowienia ze słonecznych Dębek. Żarcie jest dobre. Bawimy się przednio. Ta informacja o żarciu była fajna... najważniejsza.

No wreszcie wolne.
Czas biegnie wolniej, lecz nadal konsekwentnie. To boli, ale przywykłem do tego. Planów mam milion, choć główne zajęcia wyznacza Nataszka :-)

Próbuję zrobić film z tegorocznego pobytu. Więc, jak tylko mam trochę czasu, dogrywam kolejne sceny. Przede mną jeszcze kajakowanie, surfowanie i rowerowanie konkretne, bo niekonkretne staram się zaliczać codziennie.